Reklama
  • Poniedziałek, 7 września 2015 (13:05)

    In vitro. Moja ostatnia nadzieja

Na początku jest przykre zdziwienie: znowu nam się nie udało. Każda miesiączka to zawód – trochę tak, jakbyś w święta pod choinką zamiast prezentu znalazła kurz. Uspokajasz się: następnym razem, za miesiąc. Tak właśnie zaczyna się niepłodność. Karolina Święcicka

Reklama

Zawsze myślałam o trójce: najpierw szybko dwoje, a po kilku latach, na deser, trzecie. Pełna rodzina to było moje największe marzenie – uśmiecha się Zuza Łącka-Stefańska.

Ma to coś, co można określić jako matczyne ciepło. Życzliwość i spokój w jej głosie są zaraźliwe. Ruchy, pewne i oszczędne, wzbudzają zaufanie – żadnego machania rękami, podnoszenia głosu.

Ciało miękkie, w sam raz, by się do niego przytulać. Patrząc na nią, naprawdę myślisz: to człowiek stworzony do macierzyństwa. Zuza też tak myśli. Gdy poznaje Przemka, o dzieciach zaczynają rozmawiać właściwie od razu.

Ma 24 lata. Na warszawskie realia to wcześnie, ale ona chce być młodą mamą. Przemek od 17. roku życia mieszka sam. Ma dość samotności. Zuza: – Bardzo się kochaliśmy. Sądziłam, że dziecko pojawi się natychmiast. Ale minął rok, a tu nic.

Ciuciubabka

Idzie do ginekologa, ale ten uspokaja: rok to normalka. Po kolejnych sześciu miesiącach zmienia lekarza. Ucisza smutek narastający co miesiąc w dole brzucha. Koleżanka, która nigdy nie chciała mieć dzieci, zalicza wpadkę.

Ukłucie jak szpilą lodu: czemu ona, a ja tak się staram? Może nasze chcenie jest nieudolne? Może trzeba częściej się kochać? Lepiej odżywiać? Kupić test owulacyjny? Po następnym roku każda miesiączka to zawód.

– Kiedy zaczynasz chodzić od lekarza do lekarza, ufasz, że znają się na rzeczy. Jeśli twierdzą, że coś jest problemem, robisz wszystko, żeby się go pozbyć – opowiada Zuza. – Aż odkrywasz, że większość z nich działa metodą prób i błędów. A każda próba trwa. Najpierw dowiaduje się, że ma problemy z tarczycą.

Choroba Hashimoto każdy zarodek traktuje jak intruza, nie pozwala mu się zagnieździć. Kilka miesięcy leczenia, potem endometrioza. Usunięcie torbieli na jajnikach, komplikacje – kolejne kilka miesięcy.

Niski poziom rezerwy jajnikowej. Słaba jakość jajeczek. Przebyta kiedyś plamica Schönleina-Henocha.

– Im dalej podążaliśmy, tym było więcej problemów. Stałam się kobietą przed trzydziestką. Miałam wrażenie, że nikt nie wie, w czym rzecz, a mój czas mijał. Zaczęłam myśleć, że może nie damy rady naturalnie.

Niemożność zajścia w ciążę lub donoszenia jej to niepłodność. W Polsce dotyka ona 15 proc. par. Dwa miliony osób – tyle co mieszkańców Warszawy. Jedna piąta idzie do specjalistów, reszta nie ma pieniędzy lub nie wie, że powinna się leczyć.

Dr Joanna Kwaśniewska, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Warszawie, jest współautorką książki „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku”.

– Bezskuteczne starania o dziecko to długotrwały stres – tłumaczy. – Najbardziej negatywnie wpływa na psychikę moment, gdy człowiek sam zaczyna definiować się jako niepłodny. To słowo odbiera wiarę w powodzenie. Lepiej myśleć o sobie jako o „osobie doświadczającej niepłodności”. To różnica.

Sabina Sadecka, psycholog z Kliniki Leczenia Niepłodności IVITA i centrum psychologicznego Inspeerio w Poznaniu, podkreśla: – Niepłodność bywa najbardziej przygnębiającym doświadczeniem w życiu – 48 proc. dotkniętych nią osób odczuwa depresję podobną do tej u nieuleczalnie chorych.

Zuza: – Trzymałam emocje na wodzy. Wciąż się pocieszałam: gorzej mają kobiety, które są starsze.

Albo gdy problem leży po stronie mężczyzny, bo jest mniej opcji działania. Dr Joanna Kwaśniewska sama starała się o dziecko dwa lata. Są pary, które walczą dziesięć, piętnaście. Jednak zdaniem psycholog cierpienia nie da się zmierzyć liczbą lat.

– To, jak trudne jest to doświadczenie, zależy od jakości wsparcia, jakie otrzymujemy od bliskich i od lekarzy. Każda z par idzie inną ścieżką.

Trudne uczucia

Jest w niej jednak pewien schemat. Na przykład emocje, które pojawiają się na początku: bezradność, złość i żal. Nasza kultura nam nie pomaga – nie akceptuje „złych” uczuć ani faktu, że czegoś nie można mieć pod kontrolą.

Zewsząd słyszymy: uśmiechnij się i staraj bardziej, a osiągniesz to, czego pragniesz. A przecież nie zawsze się da. W przypadku niepłodności to samonakręcający się mechanizm: stres powoduje wydzielanie się kortyzolu i alfa-amylazy, a one utrudniają zajście w ciążę.

Zuzę omija jedno z największych przekleństw niepłodnych par, czyli wścibskie pytania i złote myśli w stylu: „Wyluzuj się, wtedy się uda”.

33% zapłodnień in vitro w Europie kończy się ciążą, a 17% udanym porodem

– Większość znajomych wiedziała o naszych staraniach. To eliminowało głupie rady, nie czułam ciśnienia z zewnątrz, tylko moje własne, coraz silniejsze, dlatego zawarłam ze sobą umowę: zabroniłam sobie wariowania. Choć nie do końca można zapanować nad żalem i zazdrością, że tak się starasz i nic, a innym przychodzi to bez trudu.

– Te przykre emocje są potrzebne. Pokazują, na czym nam zależy, pomagają zadbać o siebie – twierdzi dr Joanna Kwaśniewska. Radzi, by dać ujście „trudnej” energii, uprawiając sport, zwierzając się bliskim. – Dobrym sposobem jest pisanie, pomaga nazwać trudne emocje – podpowiada psycholog.

Sama w podobnej sytuacji zaczęła pisać poradnik dla wszystkich marzących o dziecku. Sabina Sadecka dodaje: – Nie musimy sobie wcale z tymi uczuciami radzić. Po prostu pozwólmy im wybrzmieć. Płaczmy, kiedy przychodzi nam ochota, izolujmy się, jeśli to nam służy, lub odwrotnie – szukajmy wsparcia.

Nie negujmy emocji, nie targujmy się z nimi. Przyjmujmy je takimi, jakie są. Problem bezdzietności wkrada się do przyjaźni, rozmów, przekreśla plany.

Dr Kwaśniewska zna kobiety, które od lat nie kupują ubrań, bo przecież mogą zajść w ciążę; mężczyzn, którzy nie planują wyjazdów na narty, bo a nuż… Codzienność, marzenia i przyjemności czekają zamrożone. – Jedna z naszych czytelniczek marzyła o pisaniu bloga. „Zacznę, jak już będę w ciąży”, powtarzała.

Po co karać się dodatkowo, odsuwając wszystko na etap „jak będzie dziecko”? – pyta psycholog. – Dobrze właśnie się nagradzać, sprawiać sobie przyjemności, jak wypady za miasto, fajny seks. Przecież nie trzeba się martwić o zabezpieczenie. Z niepłodnością jest jak z wirusem – trzeba dbać o odporność, aby mieć siłę do walki.

Próba ostateczna

W 2011 roku Zuza idzie do kliniki niepłodności: – Byłam wściekła, że straciłam cztery lata. Tam trafiłam na lekarza, który wzbudził moje zaufanie. Na pierwszym spotkaniu powiedział wprost: „Na pani korzyść działa jedynie fakt, że jest pani przed trzydziestką”.

Facet jest konkretny tak jak ona. Zuza chwyta się tych konkretów. Próbują inseminacji. Wielkie nadzieje, dwukrotna klapa, bo nie reaguje na zastrzyki wywołujące owulację.

Wracają z kliniki przybici. Kiedy Zuza wysiada z samochodu, mija ją młoda dziewczyna. – Z trójką drobiazgu i w ciąży. W zębach papieros i drze się na dzieci na całą ulicę. Do dziś pamiętam myśl: „I takie osoby mogą mieć dzieci! Czemu ja nie?”.

Wiem, życie nie jest sprawiedliwe, ale to i tak boli. Przesiaduje na forach dla niepłodnych. W klinice poznaje Anię, autorkę bloga Milowe Wzgórze, publikującego opowieści kobiet starających się o dziecko. Umawiają się na kawę. Przyjaźń od pierwszego wejrzenia. I wsparcie, tak potrzebne. Bo gdy zaczynasz walkę, masz mnóstwo opcji do sprawdzenia. Ale im dalej, tym więcej drzwi się zatrzaskuje.

Właściwie tylko jedne są jeszcze otwarte. Lekarz stawia sprawę jasno. In vitro to dla nich jedyna droga. Miesiąc później Zuza zaczyna procedurę.

Na tzw. krótkim protokole, bez wyciszania organizmu hormonami. Codziennie robi sobie zastrzyk w brzuch. Ból, siniaki i zero balang. – Nie chciałam zaspać lub przegapić czegokolwiek. Instrukcja leżała w szufladzie razem z lekami.

W telefonie miałam ustawione alarmy. Totalna dyscyplina. Przestajesz być człowiekiem, jesteś narzędziem w rękach lekarza. Co kilka dni wizyta. Kolejny grafik leków. Podczas stymulacji hormonalnej wiele kobiet tyje, puchnie, ma niekontrolowane wybuchy emocji. Zuza czuje się dobrze. Ale po miesiącu jej organizm produkuje… jedną komórkę jajową.

Należy do „elity” – 0,5 proc. pacjentek odpornych na stymulację. Czekanie. Pęcherzyk osiąga odpowiednią wielkość, a Zuza dostaje zastrzyk na wywołanie owulacji. Dobę później punkcja. Udaje się pobrać komórkę. Zuza dochodzi do siebie po narkozie, w tym czasie Przemek oddaje nasienie.

Znowu czekanie. Po dwóch dniach dzwonią z kliniki. Komórka się zapłodniła i ładnie się dzieli. Oddychają z ulgą. Dostają termin transferu. Lekarz pokazuje na ekranie komputera powiększony zarodek, daje im jego zdjęcie.

Przemek trzyma Zuzę za rękę, obserwują zabieg na monitorze. Jest trochę tak, jakby już zostali rodzicami. Następne 14 dni czekania. Zuza czyta książki, ogląda filmy, pisze z dziewczynami z forum, wisi na telefonie z Anią. Zabija czas. – 21 grudnia 2011 roku, w urodziny mojego taty, zrobiłam test. Boże, jaka to była radość. Będzie dziecko na Gwiazdkę – myślałam.

Wigilię spędzają w skowronkach. Drugiego dnia świąt poronienie.

Wartość nadrzędna

– Tę porażkę naprawdę przeżyłam. Łzy, rozpacz – wspomina Zuza. – Byłam wściekła na siebie. Ślepo zawierzyłam, że nam się powiedzie. Kiedy już podejmie się decyzję o in vitro, zrobi ten trudny krok, zaczyna się ufać, że na pewno się uda. A przecież mało kto odnosi sukces za pierwszym razem.

Jednak gdy lekarz pyta Zuzę, ile czasu potrzebuje do następnego podejścia, ona odpowiada: „Mogę od razu”. Na forach dyskusyjnych kobiet, które próbują zajść w ciążę dzięki in vitro, pod każdym nickiem widnieje liczba prób, stymulacji i poronień – kilkanaście symboli, w których zawierają się nadzieja i cierpienie.

Rekordzistki próbują kilkanaście razy, choć to katastrofa finansowa, zdrowotny i emocjonalny rollercoaster. Czemu za wszelką cenę chcą mieć dziecko?

W psychologii mówi się o takim pragnieniu „wartość nadrzędna”. Istnieje w psychoterapii technika, która przypomina zabawę w „dlaczego” z trzylatkiem. „Dlaczego chcesz in vitro?”, pyta terapeuta. „Bo chcę być rodzicem”, odpowiada pacjent. „A dlaczego chcesz być rodzicem?”. „Bo chcę doświadczyć tej więzi”.

Pytanie „dlaczego” powtarza się dopóty, dopóki ktoś nie odpowie: chcę tego, bo tego właśnie chcę. Chcę mieć dziecko, bo… chcę je mieć i kropka. To właśnie wartość nadrzędna dla pacjenta.

– Zadziwiająco często posiadanie dziecka jest tą ostateczną wartością – mówi Sabina Sadecka i dodaje: – To pragnienie bywa irracjonalne, brawurowe, za wszelką cenę. Pozostaje je uszanować. Bo to emocje sprawiają, że cierpimy, a nie fakty i przekonania.

Zuza w ogóle nie widzi siebie bez dzieci. Dostrzega natomiast, że ostatnie drzwi mogą się zamknąć. Zadaje sobie fundamentalne pytanie: na czym najbardziej mi zależy? Na ciąży i urodzeniu czy na dziecku w ogóle? Bo skoro na dziecku, to są inne opcje. Przeprowadza najpoważniejszą rozmowę z Przemkiem.

Mówi: „Może nigdy nam się nie uda, a ja nie wyobrażam sobie życia bez dzieci. Jeśli nie wyrażasz zgody na adopcję, rozstańmy się teraz. To będzie dla mnie łatwiejsze”. Ale Przemek ją wspiera. Zaczynają równolegle pracować nad planem B.

Biorą szybki ślub, bo adopcja w Polsce wymaga pięciu lat stażu małżeńskiego. Te działania dają im dystans. Druga próba. Znów miesiąc brania leków, kontrole co kilka dni. To takie obciążenie, że wiele kobiet starających się o dziecko z in vitro rezygnuje z pracy. Zuza pracuje w firmie rodziców, dają jej wolne.

Tym razem jest pięć komórek. Dwie udaje się zapłodnić. Jednak obie przestają się dzielić. Kolejna smutna rozmowa. Lekarz wyjaśnia, że jajeczka Zuzy są zbyt słabe. Jest jeszcze ostatnia opcja: aktywacja komórki – nowa metoda, rodzaj spa dla jajeczek, polegająca na kąpieli w roztworze zawierającym jonofory wapniowe.

„Jeśli tym razem się nie uda, dalsze próby będą wyrzucaniem pieniędzy”, mówi lekarz i sugeruje, by zastanowili się nad komórką dawczyni. Zuza myśli o adopcji. Stres, gdy wiesz, że to ostatnia próba, jest nie do opisania. Sabina Sadecka uczy pacjentki tzw. technik uważności.

Gdy nadchodzi fala lęku lub rozpaczy, radzi, by skupiały się na tym, co odbierają poszczególne zmysły: węch, dotyk, smak. Ta prosta technika Mind-Body Bridging odwraca uwagę od natrętnych myśli i przywraca spokój. Zuza idzie innym torem. – Nie pozwoliłam sobie na żadną nadzieję.

Nawet gdy okazało się, że są cztery komórki i trzy z nich udało się zapłodnić. Trzy to niedużo. I mogły się przestać dzielić. Nie przestały, wszczepiono jej dwie. Znów czternaście dni czekania. Jedzie na badanie pewna, że nic z tego.

Przed samą przychodnią ma stłuczkę. Zły omen – myśli. Kiedy odbiera wyniki, nie może uwierzyć. Poziom hCG bardzo wysoki! Czekanie na USG. Na monitorze dwie kropeczki. Bliźniaki.

Nie ciesz się pochopnie

Długo nie pozwalają sobie na radość. Nie wymyślają imion, nie robią remontu. Zresztą Zuza wciąż wymiotuje. Dopiero w piątym miesiącu jest lepiej. Brzuch rośnie, Zuza pozwala sobie na uczucie ulgi. W 26. tygodniu badanie pokazuje, że jest dobrze.

Tydzień później niespodziewany, przedwczesny poród. Każde z dzieci waży kilogram i mierzy mniej niż 40 cm. Chłopcy lądują w inkubatorach. Pielęgniarka pyta: „Czy oni mają jakieś imiona? Jak mamy do nich mówić?”.

Zuza myśli, że może już dosyć tego niezapeszania, co złego miało się zdarzyć, już się zdarzyło.

„Leon i Antek”, oznajmia. Przemek z tatą malują pokój dla dzieci. Dzień później Leon ma wylew krwi do mózgu. Rokowania: prawdopodobnie nie będzie chodzić, siedzieć i mówić. Przez pierwsze dwa miesiące przechodzi kilkanaście punkcji.

Od tamtej pory minęły trzy lata. Leon wymagał ogromnej pracy. Na szczęście wiele zależy od osobowości, a on, podkreśla Zuza, jest pracowity i energiczny. Widać to, gdy chłopcy z tatą wpadają do cukierni. Białowłosy chłopczyk podbiega do Zuzy i wylewa z siebie potok słów.

To właśnie Leon. Mówić i siedzieć zaczął szybciej niż Antek. Ostatnio lekarz spytał ją, czy jest pewna, że to Leon jest po przejściach. – Obaj ważą więcej niż rówieśnicy i jedzą za czterech. – Zuza przytula teraz Antka, który ochlapuje ją sokiem.

– To ideały – dodaje kobieta, która przez ostatnie trzy lata kilka razy dziennie rehabilitowała dwójkę wcześniaków. W klinice czeka jeszcze jeden zarodek. Zuza bardzo chciałaby mieć córeczkę.

Niemożność zajścia w ciążę lub donoszenia jej to niepłodność. W Polsce dotyka ona 15 proc. par. Dwa miliony osób – tyle co mieszkańców Warszawy.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:nadzieja | Nadzieja | N. | n | Nie | vitro | Leon | przemek | choroba hashimoto | Joanna | "Joanna" | KA

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.